Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi

Recenzja Star Wars VIII: The Last Jedi

Poszedłem na film bez żadnych oczekiwań. Poprzednia część Przebudzenie mocy była tak słaba, że spodziewałem się najgorszego. Poszedłem tylko dla towarzystwa i moje przewidywania się sprawdziły - ten film jest słaby.

Może zacznę od plusów. Film ma piękne ujęcia. Wiele scen jest po prostu pięknych. Teraz przejdę do minusów - niestety dobre wrażenia estetyczne psuje kilka rzeczy: humor na poziomie dwunastolatka, nielogiczności, feminizm, kopiowanie fabuły z poprzednich filmów oraz kiepskie postacie. Ktoś może powie, że przecież film jest dozwolony od dwunastu lat, a więc tego trzeba się było spodziewać. To prawda, byli ze mną znajomi z dziećmi i im wszystkim film się podobał. Krótko mówiąc jest to film dla dzieci. Dużo błysków, źli są ośmieszani i w zasadzie nie są straszni, a humor typu kawały przez telefon.

Uwaga: Spojlery!
Chciałbym napisać trochę więcej, ale jeżeli nie oglądaliście tego filmu, a chcecie to raczej nie czytajcie dalej.

Film ma sporo podtekstów feministycznych i wegetariańskich. Np. Poe Dameron jest traktowany jak niegrzeczny chłopiec najpierw przez Leę, a potem przez wiceadmirał Amilyn Holdo. Podobnie Finn jest traktowany przez Rosę Tico. Ogólnie rzecz biorąc rebelia była rządzona przez kobiety. Z kolei inna scena pokazuje Wookiee'ego, którego gryzie sumienie i przechodzi na wegetarianizm - nie będzie już więcej jadł mięsa. To już nie jest krwiożercza bestia, która mogła ci urwać głowę za przegraną w szachy. Teraz to potulny misiu, który nadaje się tylko do przytulenia.

Ponownie skopiowano sporo z poprzednich części. Np. "Imperium kontratakuje" zaczyna się od wojny z kroczącymi robotami na śnieżnej planecie - tutaj na koniec mamy kroczące roboty na solnej planecie. Ale scena jest dokładnie taka sama - okopy i latający złom przeciwko kroczącym AT-AT. Z kolei z "Powrotu Jedi" skopiowano scenę, w której Luke dobrowolnie oddaje się w ręce Vadera, który go doprowadza przed oblicze Imperatora. Tutaj Rey oddaje się Kylo, który ją doprowadza Snoke'a, który przy okazji okazuje się być normalnego wzrostu. Na plus trzeba zaliczyć fakt, że ta scena kończy się inaczej niż w "Powrocie Jedi".

Nielogiczności jest mnóstwo i aż trudno zacząć je wszystkie wymieniać. Można je podzielić na nielogiczności niezgodne z prawami natury (np. grawitacją), nielogiczności w historii czy nielogiczności w rozwoju postaci. Najbardziej bolą te niedorozwinięte postacie. Rey, którą poznaliśmy w poprzednim filmie ze zbieraczki złomu zmieniła się w nowego Jedi i to praktycznie bez treningu. Już poprzedni pisałem o tym, że to jest Mary Sue. Widać to teraz tym wyraźniej, że choć dla nas minął cały rok od poprzedniego filmu to dla Rey wszystko w poprzednim filmie zdarzyło się tydzień temu. Inne nielogiczności to wątki miłosne, które pojawiają się jak grzyby po deszczu i są pełne feminizmu. Na drodze silnej kobiety (np. Rose Tico) pojawia się skretyniały mężczyzna (np. Finn), by na koniec bez powodu zakwitła między nimi miłość.

Gdyby to był inny film to bym wzruszył ramionami i przeszedł nad tym do porządku dziennego. Tyle się kręci przecież kiepskich filmów, ale to jest Star Wars. Nie mogę zrozumieć też faktu, że tz. "rozszerzony wszechświat" jest pełen ciekawych nowych historii, a oni ponownie kopiują robiąc kolejny semi-sequel semi-prequel.

Słowa kluczowe: Gwiezdne Wojny, ekranizacja
Autor recenzji:
Piotr Borowski
2017-12-14